niedziela, 14 lutego 2016

Serialowa niedziela - "Dorastająca nadzieja"

Dla mnie nie ma nic bardziej relaksującego niż wygodna kanapa, kubek herbaty, druty lub szydełko... i wciągający serial. 
Po całym pracowitym tygodniu, w niedzielę staram się znaleźć kilka godzin dla siebie. Obejrzeć w spokoju kilka odcinków... wszak najlepsze oglądanie to takie całymi sezonami :)

Zapraszam Was na cykl serialowych niedziel. 
Chciałabym w niedzielne poranki opowiedzieć o serialu który własnie mnie oglądam z zapartym tchem. Albo wracam po do niego po raz kolejny... 
Nie spodziewam się że uda mi się pisać regularnie co tydzień... Ale postaram się :)


Dzisiejszy dzień spędzamy w domu. Wstawienie do salonu rozkładanej kanapy to był pomysł idealny - teraz można wraz z miska popcornu zagrzebać się pod kocem i włączyć ulubiony serial.
I choć dzisiaj z mieszanymi uczuciami oglądam trzeci sezon "The 100", a na wieczór mamy w planach "Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz", to chciałabym Wam przedstawić coś innego...  a mianowicie mój ulubiony serial komediowy :)



Dorastająca nadzieja (Raising Hope)


Tak naprawdę nigdy nie podobało mi się tłumaczenie tytułu na j. polski - "Dorastająca nadzieja". Bowiem Nadzieja w tym przypadku to imię głównej bohaterki... Już bardziej oddaje to nazwa pod którą serial pojawił się kilka lat temu w telewizji polskiej - "Ocalić Hope". A biorąc pod uwagę reklamę serialu, w którym tytułowa, kilkumiesięczna Hope jeździ w wózku na zakupy i jest karmiona z rękawiczki gumowej... to naprawdę można zacząć się o nią bać :)

A wszystko zaczęło się od przelotnego romansu - życiowego nieudacznika Jimmiego i seryjnej zabójczyni Lucy ;) Gdy owoc owego spotkania - pół roczna dziewczynka - trafia pod opiekę swojego nierozgarniętego ojca, "młodocianych "dziadków i szurniętej prababci.... zaczyna się dobra zabawa.

Serial doczekał się czterech sezonów, podczas których śledzimy nie tylko dorastanie dziewczynki w tej zwariowanej rodzinie, ale też perypetie miłosne tatusia i mnóstwo nie-codziennej codzienności przeciętnej amerykańskiej rodziny. I każdy sezon jest równie dobry, wciągający i poruszający. Wracam do nich z przyjemnością co jakiś czas, by po prostu chwilę pobyć w ich cudownym, nie-idealnym świecie.

A dlaczego dzisiaj Wam o tym opowiadam...?

Bo tak naprawdę to film o miłości. Nie tylko tej wielkiej, pełnej uniesień - ale takiej zwykłej, codziennej. Romantyczna miłość Wirginii i Burta, która sprawiła że zostali rodzicami Jimmiego już w liceum. Pełna troski miłość do syna - zarówno gdy był małym chłopcem, jak i gdy "ich mała wpadka zaliczyła swoją własną wpadkę" (cytat z filmu). Pełna czułości i cierpliwości miłość do babci Wirginii, która sprawia nie lada kłopoty czy bratanka Burta koczującego w namiocie w ich ciasnym salonie... ;) No i sekretna miłość samego Jimmiego do koleżanki w pracy, która... hmmm... no właśnie :) 
A także po prostu... o zwykłej ludzkiej życzliwości, uprzejmości, przyjaźni... To czego nam coraz bardziej brakuje w tym zwariowanym świecie realnym...


A dla miłośników robótek ręcznych gratka - Wirginia kupująca belki przecenionych tkanin, czy też obszywająca swoją wnuczkę, siebie i babcię :) 
Mój mąż przypomina sobie w tym miejscu jeszcze scenę łatania dziury w  spodniach  za pomocą mazaka, ale prawdę mówiąc nie pamiętam ;) 






Miłej niedzieli :) Jeśli widziałyście serial, albo zachęcił Was mój wpis - podzielcie się proszę wrażeniami w komentarzu.


***


A w temacie robótkowym zadziało się :) Udało mi się skończyć walentynkowe mitenki na zadanie nadzwyczajne w Turnieju Dziewiarskim





Niestety Adela nadal leży w stanie niewzruszonym, bo wciągnęły mnie znów druty...


sobota, 13 lutego 2016

Plany na weekend :)

Po bardzo ciężkim tygodniu, w końcu chwila wytchnienia...
W soboty staram się ogarnąć pranie, żeby wyschło do niedzielnego wieczoru... ale dziś mi się nie chce. Chyba tyko chustę namoczę i zblokuję. 
Dom posprzątany (na tyle ile się da przy kotach i psach...). Mam w końcu czas dla siebie :)


Najpierw więc herbatka gruszkowo-czekoladowa i kawałek mlecznej czekolady... oraz nowe gazetki robótkowe. Jak jak lubię oba wydawnictwa. Niesamowitą przyjemność sprawia mi same ich przeglądanie, delektowanie się pięknymi zdjęciami i planowanie co by tu zrobić jako pierwsze...



Ale póki co na wykończenie czekają dwa projekty:

Adela

walentynkowe mitenki


No i przyjechały dwie takie ślicznotki :) Oczywiście nieadekwatnie ubrane do pory roku... więc trzeba wygrzebać druciki nr 1,5 i pobawić się małymi formami.


Oczywiście Aleksander musiał wkraść się kadr. Chyba chciał pobawić się lalkami :)

Czy w tym domu cokolwiek może się wydarzyć bez udziału KOTA...? Któregokolwiek?




A jutro w planach walentynkowy spacer w nowych mitenkach. Zabieram się więc do roboty :)

***

A Wy obchodzicie Walentynki? Macie jakieś plany w związku z jutrzejszym Świętem Zakochanych?